1.

  Czaadajew zawsze dbał o wygląd swojego mieszkania. Nie znosił bałaganu, brudu i wszystkiego, co burzyło naturalny porządek. Każda rzecz, która tam się znajdowała, miała przypisane swoje miejsce i największą zbrodnią było przesunięcie jej o choćby milimetr. Jeżeli już trzeba było skorzystać z którejś, to w jak najszybszym czasie musiała wrócić tam, skąd się ją pierwotnie zabrało.
  A znaleźć tam można było przecudowne rzeczy. Największą wartość najprawdopodobniej miało jajko Faberge, które stało w małej, oszklonej szafeczce. Oświetlała je lampka, którą Czaadajew zamontował na podsufitce, aby mógł je podziwiać każdego kolejnego dnia. Jajko to dostał w ubiegłym roku od samego Breżniewa za wspaniałe osiągnięcia w pracy. Oczywiście ta historia była mocno naciągana, gdyż każdy wiedział, że szef elektrowni kupił podróbki jajek i wręczał przypadkowym pracownikom, wmawiając im, jak to władza dba o swoich rodaków. Komunizm w czystej postaci.
  Innymi rzeczami wartymi uwagi z całą pewnością była biżuteria, ułożona na ogromnym blacie, stojącym przed oknem w pokoju oraz porcelana, która niegdyś należała do mamy Czaadajewa. Ałła, bo tak się nazywała, zmarła w 1979 roku, po długiej chorobie, której lekarze nie mogli zidentyfikować. Całe czas powtarzała swojemu synowi, że najważniejsze w życiu to mieć pracę, rodzinę oraz być wiernym partii. Gdy umierała, Czaadajew mógł pochwalić się tylko jedną z tych rzeczy: pracą w elektrowni atomowej w Czarnobylu, niedaleko Prypeci. Rodziny nie miał, gdyż nigdy nie potrafił wytrzymać w związku z jakąś kobietą. Zresztą nie był on jakiejś wspaniałej urody. Z wiernością partii nie zawsze było mu po drodze no ale gdy partia rozdaje takie jajka, trzeba było w końcu zaakceptować pewne normy.
  Czaadajew bardzo kochał swoją mamę, dlatego po śmierci dbał o przedmioty, które mu zostawiła. Mieszkanie również należało do niej. Nie było ono jakoś luksusowe. Znajdowało się na siódmym pietrze kamienicy, w centrum Prypeci. W nim z kolei były tylko trzy pomieszczenia: jeden pokój z łóżkiem i kilkoma szafkami, drugi pokój przerobiony na salon z małym telewizorkiem oraz kuchnia z lodówką, kuchenką oraz małym piecykiem. Można jeszcze wspomnieć o niewielkiej toalecie z prysznicem oraz korytarza, w którym zostawiało się kurtki oraz buty.
  No właśnie. Było to koniecznością. Czaadajew nienawidził, gdy ktoś łazi w ciuchach z nadworu po jego mieszkaniu. Błoto, kurz, zarazki - wszystko to brudziło mieszkanie, o które tak dbał. Sam po powrocie do domu za każdym razem zdejmował buty, układał je równo z pozostałymi, następnie wykonywał resztę codziennych czynności.
Całe zachowanie Czaadajewa podchodziło pod pedantyzm. Przesadna troska o czystość była traktowana jako choroba, której nie dało się wyleczyć, mimo że wielu próbowało. Ale jest też inne wytłumaczenie takiego stanu - chęć zachowania wewnętrznej, życiowej harmonii.
Nie od dziś wiadomo, że harmonia ma za zadanie rządzić wszystkim, co nas otacza, układać i formować. I mimo że to pojęcie często kojarzone jest z obcymi religiami to dla nas, katolików, okazuje się, że sam Bóg sobie zażyczył taki podział świata, jednocześnie zaburzając go sporadycznie tak, jak w przypadku wieży Babel. I można się z tym spierać lub nie, to od małego narzucane jest nam tworzenie takiego świata, w którym to podział wyrównujący wszystko i wszystkich decydował o naszej przyszłości.
  Czaadajew o tym wiedział. Dlaczego aż tak przesadnie dbał o czystość w mieszkaniu? Chodziło właśnie o zachowanie harmonii. Skoro człowiek aż tak przykłada się do porządku i czystości, może oznaczać tylko jedno - jego realne życie jest lub tez było bardzo burzliwe. No i tak właśnie stało się w przypadku Czaadajewa.

                        26 kwietnia 1986r.

  Był już późny wieczór, gdy Hektor Czaadajew wrócił do domu. Za każdym razem wykonywał stały zestaw czynności, które pomagały mu w jeszcze bardziej efektywny sposób zachować harmonię. Na samym początku brał prysznic, gdyż na jego ciele, po całym dniu pracy w elektrowni atomowej, znajdowały się cząsteczki rozbitego uranu. Mimo że nie były one w jakiś sposób szczególny groźny dla zdrowia, to warto było się ich pozbyć. Kolejną czynnością było zjedzenie sytej kolacji, by zebrać siły przed kolejnym dniem. Czaadajew najczęściej jadł bliny ze śmietaną, czasami gotował sobie jakąś zupę lub ewentualnie mięso. By się najeść, nie potrzebował dużo, a że mieszkał sam, to mógł spokojnie oszczędzać na produktach.
  Ostateczną czynnością wieczoru była modlitwa za kolejny udany dzień do jednej z ikony, która wisiała w pokoju. Po tym wszystkim można było w końcu udać się na zasłużony odpoczynek. Hektor właśnie gasił światło, by wsunąć się pod kołdrę, gdy nagle zadzwonił telefon.
— Halo? — powiedział do słuchawki.
— Hektor? To ja, Czerninsky! Mamy problem.... Oni już wiedzą!!
— Oni już wiedzą... — szeptał co chwile. — Ale kto wie i co wie?
  Było słychać, jak osoba po drugiej stronie głośno przełyka ślinę.
— Partia wie o wybuchu!
Czaadajew zdziwił się.
— Jakim wybuchu? Przecież to miał być tylko pożar steropianu.
  Znowu dało się usłyszeć odgłos przełykania śliny.
— To nie był pożar, Hektorze... Wybuchł reaktor, rozumiesz? Nad nami leci teraz chmura pełna radioaktywnych cząstek. Nie udało się nam ukryć tego...
  Czaadajew znieruchomiał. Jego czerwone policzki zmieniły się teraz w białe niczym kartka papieru. Wyglądał jak duch, chodzący po mieście, w którym rozpoczęło się piekło. Nie mógł wydusić z siebie ani słowa więc odłożył słuchawkę i wpatrywał się przed siebie. Nie wiedział, co ze sobą zrobić. Po chwili zaczął krążyć nerwowo po pokoju bez celu, to spoglądając w jedną stronę, to w drugą. Na półkach z różnymi przedmiotami szukał jakiegoś zbawienia, które uchroni go od najgorszego, lecz wszystko było już stracone, pogrzebane... a harmonia? W tym momencie straciła swoje znaczenie.
— Muszę mu o tym powiedzieć! — krzyknął. —Musi wiedzieć, co zrobił. Co my zrobiliśmy!
Natychmiast wbiegł do małej kuchni i z szafki, która znajdowała się w rogu, wyciągnął kilka kartek, tusz z atramentem i coś do pisania. Następnie usiadł przy stole i momentalnie zaczął szurać atramentem po kartkach. 
  Wraz z każdą upływającą minutą kartki stawały się coraz bardziej pokryte granatową cieczą. Ilość słów, która pojawiała się w krótkim odstępie czasu, przewyższała wszystkie dopuszczane normy. Kolejne zaburzenie harmonii, o której się przecież tak dużo mówi. Cała Ukraina przecież, od czasu, gdy weszła pod panowanie Państwa Radzieckiego żyła w przekonaniu, że tylko ład i porządek oraz różniące się od siebie znacząco siły będą w stanie dać im niepodległość realną, a nie tą pozorną, schowaną pod skrótem USR.
 Mineło kilka chwil i Chaadajew przestał pisać. Odłożył długopis i zgiął zapisane kartki. Potem wstał, chwycił kopertę i zapakował je szczelnie, a na głównej stronie zapisał czyjeś imie.
— On musi wiedzieć, co się tutaj dzieje! — krzyknął.
  Podbiegł do okna, otworzył je i przed wejściem na parapet, rozejrzał się po całej kuchni. Było pusto, smutno i cicho. Tak jak przez całe jego życie. Zero rodziny, dzieci, znajomych, przyjaciół. W tej chwili zrozumiał, że wszystko to, co go w życiu spotkało, prowadziło do tego momentu. Spojrzał w dół, na rozpędzone samochody i był przekonany, że musi to zrobić. I zrobił...

  Gdy ciało Czaadajewa spadało  w otchłań piekła o nazwie Prypeć, jego puste mieszkanie przestało takie być. Ktoś z wielkim hukiem wyważył drzwi i znalazł się w środku. Po krótkiej chwili do kuchni wbiegło dwoje mężczyzn.
— Nie zdążyliśmy! — krzyknął pierwszy z nich.
— Przecież tak miało się stać!! — odpowiedział mu drugi — Nie rozumiesz? Tak ona mówiła.
  Pierwszy mężczyzna podszedł do stołu, na którym leżał list. Podniósł go i rozerwał.
— Zostaw, nie możesz go otwierać! — tym razem krzyknął drugi.
— A może właśnie tak ma być?
  Drugi podszedł do niego i zerknął na zapisaną kartkę.
— „Do Pana Nabirowa..." — przeczytał pierwsze słowa. — Nie widzę, co tam dalej jest napisane.
— „Drogi Nikolasie, gdy to czytasz, ja prawdopodobnie nie żyje. Cały czas mam przed oczami nasze ostatnie spotkanie w Elektrowni dwa dni temu. Nigdy nie myślałem, że jedna osoba zmieni w moim życiu tak wiele. Teraz jednak wiem, że nie powiedziałem Ci wszystkiego...."
  W tym momencie do kuchni weszła piękna, blond włosa kobieta w czerwonej sukience. Miała usta pomalowane bordową szminką, a na głowie spoczywał gustowny beret. Stanęła przed obydwoma mężczyznami i objęła ich zimnym spojrzeniem, jednocześnie opierając swoje dłonie o biodra.
— Mówiłam wam, że nie ocalicie Czaadajewa. Jego los już dawno był przesądzony. Czemu próbujecie z tym walczyć...
  Nikt się nie odezwał. Mężczyźni spuścili głowy i wpatrywali się w swoje stopy, byle tylko uniknąć wzroku niespodziewanego gościa. Wyglądali bardzo niewinnie, lecz czy na pewno tacy byli?

— No dobrze — ciągnęła dalej kobieta. — Wszyscy, którzy mieli tej nocy zginąć, zginęli. Musicie uważać na siebie i pamiętać, że nigdy nie uda wam się pokonać przeznaczenia. Nigdy! A teraz idziemy, przed nami dużo pracy.

Komentarze